
Stała na Helu za wydmami
prosta i piękna sosna.
Igły zielone miała, zgrabne gałązki,
przyjaciół sosnowych wielu,
z reguły też była radosna.
Tymczasem ciągle coś się działo,
wiadomo – jak to na Helu.
Szumiał Bałtyk, mewy skrzeczały,
na półwyspie prawie zawsze wiało.
Zwracały więc wszystkie sosny
korony w kierunku zatoki,
bo tam windsurferzy wyczyniali
różne triki i skoki.
Pływali też świetnie w ślizgu,
zwłaszcza gdy wiatr dął mocno.
Stały więc i szumiały z wrażenia,
tak się ten sport podobał sosnom.
Stała i nasza sosna,
szumiała i wzdychała:
„Ach, jak i ja bym chciała
być jak windsurfingowa deska.
Prułabym przez zatokę,
pode mną woda niebieska,
albo skakała przez fale
niezbyt ciepłego Bałtyku,
a nie tak stała jak kołek,
to życie jest do kitu”.
Stała i żałowała niezbyt radosna sosna,
o smukłe deski z żaglami
okropnie była zazdrosna.
Szkoda mi było tej sosny,
słuchać jej gorzkich westchnień,
bo prawda to oczywista,
i Wy też o tym wiecie,
wiadomo – windsurfing…
najfajniejszym sportem jest na świecie!