
Pełzł powoli ślimak poprzez morze liści
i rozmyślał, jak marzenie swoje ziścić.
Pragnął bowiem wyjechać do stolicy Francji,
Paryża – centrum szyku, mody i elegancji.
Myślał sobie:
„Już ja to zrobię…Cóż…
Nie powinno to być drogo…
Wszak dom noszę zawsze z sobą.
W nim jedzenie i ubrania,
i odpada kwestia spania.
Pozostaje zatem transport, no i…
mam nieważny paszport.
Hm… słów kilka szepnę dżdżownicy,
ona często wraca z zagranicy”.
Jak powiedział, tak i zrobił,
i już siedzi u dżdżownicy.
Ta uśmiecha się i mówi:
„Mój ślimaku, wszak my… przemytnicy!
Klan nasz cały doskonały
świat przemierza wzdłuż i wszerz,
nic się nie martw,
bo we Francji będziesz wnet.
Zabierzemy Cię ze sobą
i francuską ziemię już za tydzień
deptał będziesz własną nogą”.
Nie minęło siedem dni,
ślimak tylko: „non!” i „oui!”.
Taki z niego escargot,
vivant à Paris!
nie byle kto!
Nie minęły dwa tygodnie,
a już ślimak jak najmodniej
jest ubrany i swobodnie
po francusku konwersuje,
na śniadanie croissant żuje.
Pełny miesiąc szczęście trwało…
gdy w deszczowy jeden dzień
ślimakowi się zachciało
do petit bistro…
nagle zaczepia go obcy ktoś
i powiada:
„Mój ślimaku, pokaż rogi,
dam ci sera na pierogi”.
Ślimakowi z oka łza pociekła,
wstał i z bistro już ucieka.
Jak zaczął pełznąć tak,
nie zatrzymał się, póki znak
„Polska” nie pojawił się przy granicy.
Myśli sobie:
„Ech… choć trochę dzicy są moi krajanie,
we Francji nie zostanę.
Ach… choć w mym kraju trochę przaśnie,
tu me serce bije właśnie”.