
Mamy mamy jakie mamy,
czasem ich nie doceniamy,
czasem się z nimi nie dogadujemy,
a czasem sami nie wiemy,
czego chcemy
albo co mamy.

Mamy mamy jakie mamy,
czasem ich nie doceniamy,
czasem się z nimi nie dogadujemy,
a czasem sami nie wiemy,
czego chcemy
albo co mamy.

Czy słowo kałamarz pochodzi od kałamarnicy,
zastanawiali się uczeni i dydaktycy.
Czy do piór atrament uzyskać można z tego stwora,
co pływa niestrudzenie w morskich przestworach?
Czym zabarwić makaron na kolor głęboki granat?
Wycisnąć z kałamarniczki atramentu gram?
A czy wiecie, drogie dzieci, że kałamarnica
z reguły jest spokojna, choć bywa też złośnica?
Długości może mieć metrów nawet osiemnaście,
a długich macek dziesięć – dokładnie tyle właśnie!
Kiedy w filmie o piratach mamy scenę
z gigantyczną ośmiornicą,
wówczas wszyscy nazywają ją krakenem.
Lecz wiedzcie, że to częsty błąd,
kraken to kałamarnica!
Błąd ten pojawił się nie wiadomo skąd.
Nie wiem jak Wy,
ale ja się kałamarnicy obawiam, a nawet boję.
Jak sobie o niej przypomnę,
na ocean patrzę z niepokojem.

Zwracała twarz do słonka,
rosnąc na krzaku, zielona limonka.
I wzdychała…
„Ach, i ja chcę być dojrzała,
stać się piękna, żółta cała.
Cytryna jest taka dorosła,
rześka, kwaśna, ostra.
Największemu twardzielowi z oczu łzy wyciśnie,
kiedy jej kawałek w swoich zębach ściśnie.
Ale mogę też być pomarańczowa
jak mandarynka – słodka i filigranowa.
Albo jak grejpfrut – żółta lub różowa,
a nie taka zielona pospolicie…
jejku… jakie ja mam nudne życie”.
Mała to była i mało pewna siebie limona.
I co z tego, że zielona…
ale za to jaka w smaku wyszukana,
niezwyczajna, oryginalna,
no po prostu wysublimowana.
Więcej wiary w siebie, limonko!
W równym stopniu i na ciebie,
i na cytrynę świeci słonko!

„Mamma mia!
To dopiero piękna szyja!”,
krzyknęła żyrafa z zachwytem,
z zachwytu tupnęła kopytem.
Spojrzały inne żyrafy.
„Kto popełnia takie gafy?
Krzyczeć i tupać w teatrze?!
Gdzie ty się chowałaś?
Na Sumatrze?”
Zaległa niezręczna cisza,
w ciszy nikt się nie porusza,
mucha nawet nie bzyknie,
żyrafa zawstydziła się okropnie.
Po czym poczęła się tłumaczyć:
„Ależ… ja się po prostu nie wstydzę
chwalić to, co widzę.
Sama mam dosyć krótką szyję,
cierpię z tego powodu, ale jakoś żyję”.
Inne żyrafy nadal patrzyły na nią wrogo,
żyrafa zaczęła nerwowo ruszać nogą.
Niestety pomoc znikąd nie przyszła,
po cichu więc wstała i z teatru wyszła.

Rósł rabarbar u Barbary,
rósł dosyć już długo.
Rosły rabarbar na burej rabatce.
„Czuję się tutaj jak w klatce”,
wciąż tylko narzekał i jęczał.
„Najchętniej przeprowadziłbym się
na Bermudy albo Gibraltar.
Chociaż Bermudy to raczej nudy,
dookoła tylko woda i woda…
Nie… na rajskie wyspy czasu mi szkoda.
No a Gibraltar, sam nie wiem…
Tam ciągle tylko wieje i wieje…
żadnej cywilizacji, tylko dzikie knieje.
A ja chcę do miasta
na masaże i kuracje upiększające.
Przebywanie tutaj
jest dla mnie uwłaczające”.
Zadzierał tylko swój rabarbarowy nos.
Usłyszał to kos
i zaśpiewał:
„Weź się w garść, rabarbarze,
albo zaraz powiem Barbarze,
żeby wyrwała cię z korzeniami.
Nikt nie chce słuchać
narzekania całymi dniami”.

Siedziały raz pudle w pudle.
Cała szajka puchatych zbirów i włamywaczy
(dla pudli bowiem prawo nic nie znaczy).
Białe, czarne oraz różowe,
siedziały cicho,
miny miały marsowe.
Jeden nawet palił papierosa,
choć przez to mu się wypalało
futro wokół nosa.
Wpadły wczoraj w nocy,
był gęsty mrok,
kiedy robiły skok na SKOK.
Oddział policji spadł na nie z góry,
dowódca krzyknął:
„Ręce do góry!
Ani kroku! Ani mru-mru!”.
Pudlom z wrażenia zabrakło tchu.
Tak były zasadzką zszokowane,
że ruszyć się z miejsca nie mogły
i w więzieniu wylądowały nad ranem.

Siedzi sobie ryba
i gdyba:
„Ach, gdyby wszystkie ryby
istniały tylko na niby…
Co by to było wtedy?
I jeszcze pół biedy,
gdyby one
nie były niczego świadome.
Bo gdyby jednak były,
to co by zrobiły, wiedząc,
że są tylko na niby?
Czy też by tak rozmyślały,
siedząc?”.

Rosła raz w naszym ogrodzie
całkiem rozsądna fasola,
która powtarzała co dzień:
„Dola czy niedola,
w uśmiech składaj usta,
odważnie idź do przodu,
nieważne, czyś jest
groch, czy kapusta.
I choć czasem szkoda zachodu,
nigdy nie żałuj swoich prób.
Plany realizuj powoli,
nieważne, czyś jest
dynia, czy bób.
Bo w doli i niedoli
zwykle najważniejszy jest trud”.
Takie to były cud-miód
recepty na życie fasoli.