Do biedronki przyszedł żuk i powiada: „Poproszę marchewek – pięć średnich sztuk.
Trzy średnie pietruszki do tego, jednego selera dorodnego, pora z pięknym zielonym pióropuszem, cebulkę ładną do tego wziąć muszę. Następnie proszę skrzydło z indyka… o tym czasem nie pamiętam, czasem mi to umyka. Do tego szponder bądź pręga wołowa, nie będzie potrzebna kostka rosołowa.
To wszystko, dziękuję, moja kochana. Rosół wstawiam jutro z rana. Potem będzie trzy godziny pyrkał, aż zrobi się bardzo aromatyczny wywar. Bo dobry rosół taki sekret skrywa, że najpierw gotuje się długo mięso, następnie dodaje warzywa. Dla tych zaś, co nie mają wprawy, wskazówka – na początek dodaj do mięsa przyprawy: sól, ziele angielskie, liść laurowy, do tego w ziarenkach pieprz kolorowy.
Na koniec podajesz z makaronem jajecznym, natką pietruszki bądź koprem i oto bajeczny… masz na obiad rosół, oprzeć się nie sposób”.
Mlasnął żuk i na biedronkę spojrzał, lecz zachwytu nad rosołem w jej oczach nie dojrzał.
Dla wielu osób miasto Hel to wakacyjnych podróży cel. Poza fortyfikacjami i pięknymi wydmami zobacz koniecznie fokarium z fokami!
Raz w tym fokarium mieszkała foka, której przypadkiem wpadła do oka malutka meszka…
Najpierw w oku foki zabłyszczała łezka. Potem trzeć zaczęła foka oko, na początku leciutko, później z coraz większą mocą. Lecz bez skutku żadnego! I nic dziwnego!
Pamiętaj, kolego, nigdy nie trzyj oka! Zupełnie to niemądre – tak jak nasza foka.
Lecz na szczęście dla niej mieszkała w miejscu wyjątkowym – w uniwersyteckim ośrodku naukowym.
Więc gdy tylko opiekunka zobaczyła, w jakim stanie jest foka, zaraz z apteczki przyniosła odpowiednie krople do oka.
Krople zaaplikowała dwie, po nich foka lepiej czuje się.
Uff… całe szczęście, bo fok w Bałtyku wcale nie jest dużo, drogi czytelniku.
Pełzł powoli ślimak poprzez morze liści i rozmyślał, jak marzenie swoje ziścić.
Pragnął bowiem wyjechać do stolicy Francji, Paryża – centrum szyku, mody i elegancji.
Myślał sobie: „Już ja to zrobię…Cóż… Nie powinno to być drogo… Wszak dom noszę zawsze z sobą. W nim jedzenie i ubrania, i odpada kwestia spania. Pozostaje zatem transport, no i…
mam nieważny paszport.
Hm… słów kilka szepnę dżdżownicy, ona często wraca z zagranicy”.
Jak powiedział, tak i zrobił, i już siedzi u dżdżownicy. Ta uśmiecha się i mówi: „Mój ślimaku, wszak my… przemytnicy! Klan nasz cały doskonały świat przemierza wzdłuż i wszerz, nic się nie martw,
bo we Francji będziesz wnet. Zabierzemy Cię ze sobą i francuską ziemię już za tydzień deptał będziesz własną nogą”.
Nie minęło siedem dni, ślimak tylko: „non!” i „oui!”. Taki z niego escargot, vivant à Paris! nie byle kto!
Nie minęły dwa tygodnie, a już ślimak jak najmodniej jest ubrany i swobodnie po francusku konwersuje, na śniadanie croissant żuje.
Pełny miesiąc szczęście trwało… gdy w deszczowy jeden dzień ślimakowi się zachciało
do petit bistro… nagle zaczepia go obcy ktoś i powiada:
„Mój ślimaku, pokaż rogi, dam ci sera na pierogi”.
Ślimakowi z oka łza pociekła, wstał i z bistro już ucieka.
Jak zaczął pełznąć tak, nie zatrzymał się, póki znak „Polska” nie pojawił się przy granicy.
Myśli sobie: „Ech… choć trochę dzicy są moi krajanie, we Francji nie zostanę. Ach… choć w mym kraju trochę przaśnie, tu me serce bije właśnie”.
W błękitnym Oceanie Spokojnym, w wodach australijskich wybrzeży mieszka meduza, co trzy metry mierzy. Jak byta mata, to byta nieduża, ale urosta i teraz – sprawa prosta jest ogromna, po prostu bardzo duża.
Meduza to stwór niezwykle ciekawy i choć nie pija herbaty ani kawy, to pije dużo wody, a raczej filtruje albo chłonie. Meduza jest pływającym jamochłonem. Jamochtonem osiadtym jest polip, lecz różnica między nimi, poza wyglądem, jest niewielka. I polip, i meduza mają parzydełka.
W Bałtyku też żyje meduza, nazywa się chetbia i jest nieduża. Lacińska jej nazwa to Aurelia aurita. Ma kilka, kilkanaście centymetrów i kwita. Można ją spotkać latem na plaży, lecz bez radości się na niej smaży.